• Ogłoszenia

    • rafcio

      Nowa Wersja Forum   28.07.2016

      Widzisz problemy skontaktuj się z Nami: redakcja@biomist.pl

Alra

Użytkownicy
  • Zawartość

    64
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez Alra

  1. Ostatnio to właśnie wcześniej wspomniane "Chce się żyć", przypadkiem trafiłam włączając telewizor i też myślę, że warto obejrzeć. A wcześniej "Nie opuszczaj mnie" - o ludziach powołanych do życia tylko po to, żeby zostać dawcami narządów. Trochę dziwny, inny, dla niektórych irytujący, ale na pewno skłania do głębszych rozkmin.
  2. Nie chcę się licytować na segmenty, ot tak mi się napisało z pamięci, może faktycznie niepotrzebnie w tej dyskusji. Skąd jestem widać po lewej. I może nie tyle szef, bo u nas szef to raczej dydaktyką się nie zajmuje. Od OUNu i GiSu jest pewna pani neurolog. Wiele jest takich zagwozdek, jedni twierdzą tak, inni inaczej, ale co poradzić. Na kolosach/egzaminach zazwyczaj zaliczają różne opcje, jeśli mają potwierdzenie w jakichś tam opracowaniach, więc bezwzględnej dyktatury "bo ja wiem najlepiej" nie ma. No zazwojowe też mają swoje ciała w zwojach - czy to pnia współczulnego, czy to innych. Jak masz wymienić ośrodki, to mów/pisz to, co znajduje się w ośrodkowym układzie nerwowym, czyli tam, gdzie początek mają neurony przedzwojowe.
  3. W rogach bocznych segmentów C8-L3 znajdują się po prostu ciała neuronów przedzwojowych. Część biegnie do zwojów pnia współczulnego, a potem przyłącza się do nerwów rdzeniowych. Inne po wyjściu z pnia współczulnego biegną do naczyń krwionośnych i tworzą sploty okołonaczyniowe. Jeszcze inne nie tworzą synapsy w zwojach pnia współczulnego i biegną sobie jako nerwy trzewne do zwojów przedkręgowych położonych w splotach autonomicznych klatki piersiowej i jamy brzusznej. Jeśli chodzi o układ przywspółczulny to są to właśnie jądra przywspółczulne nerwów czaszkowych III,VII,IX,X, które siedzą sobie w pniu mózgu. Nerwy czaszkowe zazwyczaj mają po kilka jąder umiejscowionych w różnych miejscach, np. rdzeniu przedłużonym, śródmózgowiu, moście. Niektóre z tych jąder są czuciowe, ruchowe, a inne właśnie przywspółczulne, czyli dające początek neuronom przedzwojowym układu przywspółczulnego. Również segmenty S2-S4 stanowią ośrodki tego układu - neurony przedzwojowe biorące tu początek biegną w nerwach trzewnych miednicznych.
  4. Standardowo angielski, jakieś słówka i zwroty - niedobitki z niemieckiego, który niby miałam i w gimnazjum, i w liceum, ale nigdy nie mogłam się do niego przekonać. Będąc na wakacjach w Berlinie, wpadłam do jakiejś knajpki i choć poskładałam w myślach słowa zamówienia, to gdy zdałam sobie sprawę, że kelnerka pewnie zacznie mnie o coś jeszcze pytać, poddałam się i przeszłam na angielski . Także w CV raczej nie śmiałabym tego języka wpisać. Zawsze chciałam uczyć się rosyjskiego w szkole, ale niestety ten feralny niemiecki przylgnął do mnie i tak już pozostało. Umiem mniej więcej czytać (bo że płynnie to bym nie powiedziała), z pisaniem gorzej, bo też mi się niektóre literki mylą z cerkiewno-słowiańskim, który to z kolei od podstawówki przewijał się na mojej religii. Ogólnie bliżej mi do języków słowiańskich, bo moi rodzice pochodzą ze wsi, w których funkcjonują gwary - w jednej białoruska, w drugiej ukraińska. W gronie rodzinnym są one używane na co dzień, moja babcia praktycznie nie mówi czysto po polsku.
  5. Jeśli wychodzi się z założenia, że człowiek jest na równi ze zwierzętami i powinien kierować się tylko takim instynktem, to racja. Wtedy też trzeba byłoby zaprzestać pomocy wszystkim niepełnosprawnym w integracji ze społeczeństwem itd., a zdaje mi się, że raczej tendencja jest odwrotna. Można myśleć czysto biologicznie i dążyć do zaspokojenia potrzeby posiadania potomstwa za wszelką cenę, a można postawić sobie pewną granicę etyczną, której nie chcemy przekroczyć, bo właśnie uknuliśmy sobie różne mądre tezy. Dla mnie to nie jest słabe, wręcz przeciwnie.
  6. Wydaje mi się, że tak. Wydział Farmacji (analityka i farma) ma dużo zajęć w Euroregionalnym Centrum, które jest obok akademików, Wydział Nauk o Zdrowiu w swoim budynku tj. WNOZie, do którego idzie się najdłużej, bo jest za szpitalem DSK, ale moja grupa ma już wyćwiczony 15-minutowy galop z tego budynku na angielski, który jest w Universum koło Branickich, więc spoko. Wiem, że są też zajęcia w szpitalu na Dojlidach, lekarski tam ma coś kiedyś, pielęgniarstwo nie wiem, aczkolwiek tam to już trzeba dojechać. Większość wykładowców prowadzi też ćwiczenia z wybranymi grupami - z anatomii co dział, góra dwa ktoś inny prowadzi wykłady, więc dla mnie to jedna i ta sama grupa. Wykłady teoretycznie są obowiązkowe, praktycznie takiej frekwencji jak w pierwszym tygodniu zajęć chyba już nigdy później nie było. Tylko na histologię zawsze przychodziły tłumy, bo nowa kierowniczka całkiem nieźle te wykłady prowadzi, no i ich znajomość jest kluczowa do zdania kolokwiów. Z anatomii raz było lepiej, raz gorzej, ale też sporo osób chodziło, żeby posłuchać i poukładać sobie w głowie materiał (ew. w ogóle dowiedzieć się, co dziś robimy), bo wykłady z danego tematu są tuż przed ćwiczeniami. Nie mniej na studiach najważniejsza jest samodzielna nauka, wykłady służą jedynie nakierowaniu na najważniejsze zagadnienia (ew. czasem niczemu nie służą, po prostu są, bo trzeba to odbębnić).
  7. Cóż, ja akurat nie trawię surogatek. Nie sądzę, żeby znajdowały się kobiety na tyle altruistyczne, żeby robić to nade wszystko celem uszczęśliwienia bezdzietnej pary. Zwłaszcza mając świadomość, że ryzykuje się własnym zdrowiem i życiem, bo zawsze mogą być jakieś komplikacje. Chęć poprawy sytuacji materialnej? Okej, pytanie tylko, czy etyczne jest sięganie po taką formę zarobku? Osobiście nie wyobrażam sobie ani postawienia się w roli surogatki, która "hoduje" w sobie czyjeś dziecko, ani oczekiwania na potomstwo, które rozwijało się w łonie innej, obcej kobiety. To jest pewnie też kwestia wrażliwości, takiego a nie innego spojrzenia na macierzyństwo itd., z czym trudno polemizować, więc każdy ma swoje racje.
  8. Więc tak... studiuję na kierunku lekarskim, pierwszy rok. UMB wybrałam, bo mieszkam tu od urodzenia i średnio mogłam sobie pozwolić na wyjazd do innego miasta na studia. Ale jakoś nie ubolewałam z tego powodu, WUMy czy inne CMUJe nigdy mi się po nocach nie śniły. Poza tym słyszałam pozytywne opinie o tej uczelni, więc czegóż chcieć więcej mając ją pod nosem . Na roku większość stanowią osoby spoza miasta i okolic, dla wielu z nich UMB nie było nr 1 na liście preferencji, ale nie słyszałam jak dotąd żeby ktoś narzekał, że trafiło mu się ów zesłanie na wschód. Są też oczywiście i takie, które od początku chciały tu trafić. Uczelnia na ten moment zdaje się być naprawdę przyjazna. Jasne, zdarzają się asystenci, którzy lubią trochę pomęczyć, pogadać kultowe teksty w stylu "Jak pana z podstawówki wypuścili?!", ale to jednostki, większość jest naprawdę w porządku. Na pierwszym roku mamy co prawda aż trzy duże przedmioty - anatomię, histologię i biochemię, uczyć się trzeba, ale tragedii nie ma - niektórzy imprezują co weekend i dobrze sobie radzą. Zakład Anatomii to stosunkowo prostudenckie miejsce, atmosfera na ćwiczeniach jest luźna, asystenci fajni, nie trzeba ryć i cytować Bochenka na zawołanie. Na każdych zajęciach są kartkówki, które można zaliczać, bądź nie, ocena jest generalnie dla ciebie. Biochemia niektórym daje w kość, ale ma proste zasady - uczysz się określonych rozdziałów z Bańkowskiego, pytania opisowe - umiesz - zaliczasz. Histologia - zależy na jaką asystentkę się trafi, ja akurat trafiłam na świetną kobietę i bezproblemowo udało się przez to przejść. To oczywiście tylko parę przedmiotów, w dodatku z "nauk podstawowych", więc nie ma co tego traktować jako miarodajną opinię, ale jeśli chodzi o wrażenia ogólne to są dobre. Plusem jest też to, że na pierwszych latach wynajmując mieszkanie/akademik w centrum nie trzeba kupować biletu, bo wszędzie można dojść pieszo w 5-15 min. Wiele budynków jest nowych, szpital kliniczny dwukrotnie powiększa swoją powierzchnię, inne są po remoncie, więc jest całkiem przyjemnie. No i Pałac Branickich jako siedziba całkiem nieźle się prezentuje, to chyba każdy przyznaje.
  9. Giełdy zazwyczaj dostaje się za darmo od starszych roczników, potem my zbieramy pytania dla kolejnych itd. Gdybyśmy mieli jakieś sensowne pytania a nie nazwy rozdziałów z Bańkowskiego (polecam zresztą i tą książkę, dobrze wytłumaczone, z tymże jest raczej pod kątem medycyny, Stryer z tego co kojarzę bardziej ogólnie to ujmuje), podesłałabym Ci, a tak to nie ma sensu. Ale może znajdzie się ktoś, kto pomoże. Ja akurat nie lubię sobie nic narzucać jeśli chodzi o naukę - ani ilości stron do przerobienia dziennie, ani powtórek - to mi baaardzo uprzykrza uczenie się i szybko się wypalam. A w wakacje to już w ogóle... .
  10. Tak jak pisałam, bo sprawdzają obecność w cwany sposób i można sobie z czasem nazbierać punktów karnych - 5 pkt = niedopuszczenie do egzaminu.
  11. Pamiętam, jak na I wykładzie z biochemii ludzie zawzięcie próbowali notować - profesor stwierdził żeśmy jeszcze nieogarnięci, bo na wykładach się nie notuje, tylko słucha . Teraz na te wykłady przychodzi 1/4 roku, żeby poplotkować ze znajomymi/pouczyć się czegoś innego (ewentualnie, o ironio, innego tematu z biochemii) i od czasu do czasu podpisać na karteczce z pieczątką zakładu, którą każdy dostaje do ręki. Za nieobecności wpisują punkty karne, które mogą przesądzić o niedopuszczeniu do egzaminu, ale to tylko nielicznych przeraża. Są też i takie wykłady, których znajomość często przesądza o wyniku z kolokwium. Ale wtedy jakaś dobra dusza robi zdjęcia slajdów, tudzież nagrywa i jak jeszcze komuś się zechce to spisać do worda, to już w ogóle można nie przychodzić albo przyjść i podrzemać sobie.
  12. A moja babcia ma awersję do brodatych, tudzież wąsatych facetów. Każdy takowy jest dla niej brzydki i nie do zaakceptowania dopóki się nie ogoli ;D. A w sumie u mnie na roku to całkiem pokaźna grupka.
  13. Nie nastawiałabym się na wbijające w siedzenie niczym genialny film akcji wykłady, ćwiczenia i kolokwia (chociaż te ostatnie potrafią podnieść poziom adrenalinki). Czas trwania zajęć jest naprawdę różny - na początku każdego semestru miałam sporo zajęć, często od 8 do 17, ale już po miesiącu fakultety się odbębniło, potem pokończyły się kolejne krótkie przedmioty i środy mam wolne, a wtorki i piątki to tylko jedne zajęcia do południa ^^. Czasu wolnego mam więc sporo na ten moment. Pojedyncze zajęcia (ćwiczenia) trwają stosunkowo długo, zazwyczaj 2-3 h bez przerwy, co robi różnicę w porównaniu z lekcjami w szkole, ale szybko się przyzwyczajasz. Na pierwszych latach to wszelakiego typu seminaria, na których słuchasz fascynujących wywodów asystenta tudzież asystent słucha twoich jeszcze bardziej fascynujących opowieści, ćwiczenia laboratoryjne (zabawy w małego chemika na chemii i biochemii - jak ktoś lubi przelewanie cieczy z naczynia do naczynia, gotowanie probówek w garnku i ciachanie szczurzych wnętrzności to będzie w siódmym niebie), ćwiczenia plastyczne (rysowanie tkanek spod mikroskopu do zeszyciku). Potem są zajęcia w szpitalu, więc trochę inna, bardziej medyczna bajka.
  14. Też ostatnio oglądałam... jejku, przerażające, co człowiek jest w stanie robić byleby tylko się nie uczyć ;PP.
  15. Zakątki Zakładu Patomorfologii były swego czasu (czyt. czasu licealnego) fascynujące xD.
  16. Takie fajne wycieczki to się już potem nie powtórzą, bo zamiast zwiedzania różnych niedostępnych dla wielu studentów zakamarków uczelni i mnóstwa atrakcji dla napalonego na medycynę licealisty, będzie tylko ponura, zajęciowa codzienność ^^.
  17. A właśnie że ostatnimi czasy związki wbrew podziałom społecznym są modne! W "Na dobre i na złe" jakaś lekarka kręci z salowym ;D.
  18. Jeśli chodzi o inne olimpiady to coś niecoś nauczyciele pomagali, książki pożyczali, razem z uczniami głowili się nad zadaniami na przerwach itd. Ale siłą rzeczy przez nawał innych obowiązków, np. prowadzenie fakultetów dla maturzystów nie było to już takie wsparcie jak, np. w gimnazjum, kiedy to większość nauczycieli bardzo angażowała się w przygotowywanie uczniów do konkursów. No ale w moim przypadku nauczycielka nie potrafiła pomóc ogarnąć prace badawcze (a sporo osób rokrocznie startowało w OB), nie dowierzała, że komukolwiek uda się przejść dalej, nowszych książek do nauki też nie znała. W dodatku koniec końców spadł na mnie zaszczyt odebrania dla niej nagrody uznania dla zasłużonego nauczyciela, niezapomniana chwila.
  19. W olimpiadach zawsze masz prawo startować, niezależnie do jakiej szkoły pójdziesz. Ja i w tej bardziej prestiżowej szkole (jakkolwiek debilnie to brzmi) byłam traktowana ulgowo, dawali mi dużo wolnego, a niektórzy (bo nie wszyscy ;p) nauczyciele szli na rękę i, np. wcześniej wystawiali oceny końcowe, przez co nie musiałam pisać ostatnich sprawdzianów. No ale to w sumie tyle, jeśli chodzi o wsparcie szkoły. Merytorycznego nie miałam praktycznie żadnego. W liceum nie jest już tak, jak w gimnazjum, że nauczyciele zawsze organizują kółka przygotowujące do konkursów i dmuchają i chuchają na swoich podopiecznych. Zdarza się i tak, ale to są raczej ewenementy na skalę ogólnopolską. Przygotowania do olimpiady to przede wszystkim praca samodzielna, więc szkoła nie ma dużego wpływu na sukcesy uczniów. To, że te nibyelytarne licea szczycą się osiągnięciami uczniów, świadczy tylko o tym, że idą do nich osoby ambitne, które już od podstawówki lubiły bawić się w konkursy i to potem kontynuują.
  20. Progi są na stronie uczelni . Moje dwie koleżanki studiują położnictwo na umb. Praktyki w szpitalu zaczynają się już w styczniu, a od kwietnia do końca roku mają wyłącznie zajęcia w szpitalu. Wcześniej mają oprócz śladowych ilości biofizyki (2 zajęcia, więc do przeżycia ;P), biochemii itd. też przedmioty, że tak powiem bardziej zawodowe, na których przygotowują się do praktyk. Wykładowcy różni - na jednych narzekają, innych ubóstwiają, jak wszędzie raczej ;d.
  21. Tak.
  22. A to nie słyszałam, żeby trzeba było znów jakieś badania robić, żeby sobie dalej studiować. Ja to rozumiałam tak, że te badania przy rekrutacji są na całe studia po prostu. Teraz tyle że do praktyk wakacyjnych kazali książeczki sanit-epid wyrobić.
  23. Jeśli szukasz inspiracji, to w temacie o przygotowaniach podałam ciekawe strony, gdzie można znaleźć przykładowe, solidnie wykonane prace badawcze. Ja robiłam dawno dawno temu (to znaczy jakieś 3 lata już minęło ) pracę o wpływie barwy światła na rozwój roślinki. Została całkiem spoko oceniona, ale miałam przy niej tyle problemów technicznych, że raczej nie polecam takiej zabawy. Chyba że się ma brata albo tatę elektryka (mama w ostateczności też może być), żeby jakieś sensowne oświetlenie diodowe skonstruował. I choć trochę lubi się fizykę, żeby wiedzieć, o co biega w tych wszystkich luksach, kandelach, natężeniu napromieniowania kwantowego etc. celem wyjaśnienia komisji, że tak w sumie to twoja praca jest g. warta, bo ze sprzętem, którym dysponowałeś wyniki nie miały prawa wyjść miarodajne ^^.
  24. U mnie ze skierowaniem z oryginalną pieczątką uczelni (nie wydrukiem ;p) badania były za darmo. Też lekarka pytała, ile trwają studia - "Na pewno 6 lat? A to nie tak, że 3+2 teraz?!" Potem wychodzę na ulicę i patrzę, że wypisała na 3 lata, spoko... Za to za badanie lekarskie do książeczki Sanepidu trzeba już było płacić z własnej kieszeni.
  25. Na podstawie ogólników trudno cokolwiek powiedzieć. Ale b) bym nie brała, bo to raczej długoterminowe badania.